Wywiad z Alis Zimińską – Koman

Miroslawczylek1Na życiowym zakręcie mnie spotkasz

Wywiad z wróżką z Bydgoszczy Alis Zimińską-Koman

Na początek może zapytam o Twój pseudonim. Czy Alis to po prostu skrót od imienia Alicja, czy też jakiś klucz do Alicji w Krainie Czarów?

Powstanie nowego imienia było dosyć prozaiczne i nie stanowi akurat tajemnicy. Przez lata znakomicie czułam się jako Alicja, zarówno prywatnie, jak i „służbowo”. Później przyszła refleksja, że kontynuacja może z powodu jakiejś innej wróżki Alicji sprowadzić komplikacje dla nas lub dla naszej klienteli. Był początek roku 2006, właśnie powstawała moja strona internetowa, na którą od dawna mnie namawiano, działo się sporo interesujących, przełomowych wydarzeń w moim życiu i tak to w całym tym uroczym zimowym zamieszaniu narodziła się znienacka jedyna w swoim rodzaju Alis. W późniejszym czasie przypomniałam sobie dzień, w którym zaprzyjaźniony jasnowidz jakby mimochodem rzucił „…i zmienisz imię…”. W myślach znacząco puknęłam się wtedy w sam środek czoła i kontynuowałam dyskusję. Najzabawniejsze było to, że właśnie on jako jedyny nazywał mnie od początku Alis i że uświadomiłam sobie to wszystko dopiero po zmianie imienia.

DSCN2166

Światosław Nowicki zasugerował mi, żeby wykorzystać za zgodą osób pytanych ich kosmogram. W twoim w oczy rzuca się Wielki Krzyż, który tworzą m.in. dwie napięciowe kwadratury. Są to dla uściślenia układy Księżyca z Saturnem i Słońca z Marsem. To najczęściej reprezentuje trudne doświadczenia życiowe. Czy przekłada się to u Ciebie w pewien sposób na inny typ klientów? Przychodzą osoby z większymi problemami niż u zaprzyjaźnionych tarocistów, tarocistek, lub wróżek?

Trudno to porównywać, ponieważ każdy problem, nawet z pozoru błahy, dla osoby zainteresowanej jest problemem, kwestią do rozstrzygnięcia, czasem istnym węzłem gordyjskim. Powód przychodzenia do wróżek zawsze więc będzie miał swoją wagę, nawet wtedy, kiedy dominować będzie ciekawość przyszłych zdarzeń. Jestem przekonana, że każdy z kolegów i koleżanek parających się różnymi sztukami dywinacji ma sporo poważnych „przypadków”. Nie ryzykowałabym twierdzenia, że do kogoś idą same „grube” sprawy, a do kogoś innego – mało ważne. Mogę zaś śmiało powiedzieć, że cechy mojego urodzeniowego kosmogramu znakomicie przełożyły się na życie, a ten Wielki Krzyż jest tylko jedną z atrakcji, bo reszta też nadaje się do straszenia młodych astrologów (śmiech). Wielość trudnych doświadczeń od początku życia była dobrą szkołą i praktyką zawodową przygotowującą mnie do tego, co robię. Teraz mogę spokojnie mierzyć się z każdym problemem. Mogę także w niektórych sytuacjach potwierdzać możliwość wybrnięcia z nich własnym przykładem.

Zauważyłam w swojej praktyce – mieszkam i mam swój gabinet wróżki w Bydgoszczy – pewną wyróżniającą się grupę klientów, którą warto pokrótce scharakteryzować. Są to osoby, które zjawiają się u mnie w momencie wejścia na życiowy wiraż, zakręt lub bardzo skomplikowany „węzeł komunikacyjny”. Przedział wieku od około czterdziestki do pięćdziesięciu paru lat. W zdecydowanej większości osoby te nigdy wcześniej nie chodziły do wróżki oraz uchodziły za bardzo dzielne i zaradne, często z niemałym życiowym bagażem do dźwigania. Kiedy zabieramy się do oglądania ich spraw, wychodzi na to, że taka osoba dokonuje właśnie tzw. całościowego życiowego bilansu, w każdej sferze swojej egzystencji. Dlaczego? Z konieczności, bowiem zaczyna się im szerzyć w życiu destrukcja, zaś oni sami tym razem czują już, że nie dadzą sobie rady takimi sposobami, z jakich korzystali wcześniej. Jednocześnie mają na czole wypisane wielkimi literami pytanie : „DLACZEGO MI SIĘ TAK DZIEJE?” i najczęściej sporo już poczucia żalu. To dla mnie wyzwanie, ponieważ zakładam, że taki człowiek wychodząc ode mnie powinien mieć już wyjaśnione pierwotne przyczyny problemów oraz czynników wpływających na ich kontynuację oraz nakreślony konspekt optymalnych działań na przyszłość. Część z tych osób przychodzi do mnie po jakimś czasie, zajmujemy się kolejnymi fazami ich transformacji, z przyjemnością oglądam kobiety coraz bardziej kwitnące i promieniujące „tym czymś”, co tak przyciąga ludzi, a co jest zadowoleniem z siebie, świadomością własnej wartości i piękna, przyjemnością chadzania po ścieżkach własnych wyborów. Mówię tu o paniach, bo to one przeważnie do mnie przychodzą, ale oczywiście bywają i panowie. Tych widuję później spokojniejszych, bardziej poukładanych, jeśli chodzi o to, co można określić roboczo jako sens ich życia, zdecydowanie mniej skłonnych do szukania wszelkich wymierzonych przeciw nim spisków tego świata i kobiet.

Tak sobie myślę, że ten astrologiczno-życiowy poligon doświadczeń bardzo mi się przydaje w pracy z nimi i w ogóle z wszystkimi. Być może moje „lepsze bo łatwiejsze” życie odebrałoby mi wyczucie i umiejętność zrozumienia ich narracji, ich postaw, schematów, według których przebiegały ich życia. Myślę też, że klient doświadczający różnych emocji, borykający się z przeszkodami wewnątrz i na zewnątrz, czuje się lepiej, kiedy wie, że nie jest sam i jedyny, że rozmawiając z nim wiem, o czym rozmawiamy, bo zetknęłam się z tym sama, bo wiem, na co zwrócić uwagę, i jak to jest gimnastykować się z samym sobą, bo też się z tym spotkałam i wiem, że można z tego wybrnąć, bo sama wylazłam. Teoria (wiedza) jest tu konieczna, praktyka zaś – bezcenna. Wybacz, rozgadałam się, człowiek i wszelkie aspekty jego życia, interakcje, w jakie wchodzi, ich przyczyny i zasady, skutki i modyfikacje… no, mogę tak bez końca, proszę, wołaj STOP!

Czy istnieje moment jakiejś specjalnej inicjacji związanej z tarotem? Kiedy amator staje się kimś więcej i przekracza próg nieznanego – czy da się coś takiego w rozwoju duchowym uchwycić, czy jest to zdecydowanie sprawa indywidualna?

Takich momentów jest w życiu dużo. Nie ma jednego jedynego – ja przynajmniej tak tego nie doświadczałam. Zdarzają się jednak ciekawe historie i okoliczności, w których Tarot się pojawia, bywa, że w zabawny i nieoczekiwany sposób. Istotny jest pierwszy moment, kiedy się z nim stykasz, ale wtedy jeszcze o tym nie wiesz. Ja zetknęłam się z Tarotem dwukrotnie, jest to więc miłość od drugiego wejrzenia. Pierwszy raz w czasach, kiedy jeszcze sam tarot nie interesował mnie jako system dywinacyjny. Miałam wtedy zwyczaj kupowania książek hurtem i spod lady. To był 1993 lub 1994 rok i wśród zakupionych „jak leci” książek znalazł się „Tarot” J.W. Suligi. Wszystkie książki przeczytałam, a tej – nie. Rzecz wysoce u mnie nienormalna. „Tarot” stanął sobie na półce w biblioteczce, ja robiłam dalsze hurtowe zakupy książek, czytałam, powiększał mi się księgozbiór i tylko on jeden stał i stał jak milczący gość posadzony przez gospodarza przy stole i „zapomniany”. Minęły 2 lata, zdążyłam pochłonąć tony książek związanych tematycznie z psychologią, kulturą i sztuką, zdrowiem, wieloma dziedzinami wiedzy ezoterycznej i innymi „naukami o człowieku”. Rozwijałam swoją intuicję, robiłam wiele pasjonujących mnie rzeczy. A „Tarot”? No stał, a jakże, nawet go „nie widziałam”.

W początkach 1996 roku znalazłam się u nagle u pewnej wróżki. Miałam do rozstrzygnięcia problematyczną sprawę, moja intuicja wygłosiła swoją opinię, lecz niezbyt mi się to podobało, więc postanowiłam zweryfikować swoje wizje i przeczucia. Wróżka pracowała tarotem i w tym momencie zobaczyłam owe karty po raz pierwszy na żywo. Spojrzałam – i „odpadłam” albo może przepadłam na amen. Nie mogłam uwierzyć, że widzę w nich rozwiązanie, mówią do mnie, a ja je rozumiem. Wróciłam do domu z głową pełną tarota, w stanie półnieważkości. Jedna myśl mnie dopadła: Mieć te karty TERAZ, JUŻ, NATYCHMIAST!

DSCN2163

W domu złapałam arkusze brystolu, ołówki, linijki i niezwłocznie przystąpiłam do rysowania kart Wielkich Arkanów. Przez moment zastanawiałam się, skąd wziąć wizerunki tych kart jako wzór, i w tej chwili „zobaczyłam” na półce ignorowaną od lat książkę. Chwyciłam ją i zabrałam się do całonocnej pracy rysowania tego, co mi się pojawiało w głowie jako efekt czytania opisów poszczególnych kart. Rano miałam w końcu gotowe Wielkie Arkana i byłam tyleż szczęśliwa, co niewyspana. To był pierwszy raz. Zamarzyła mi się jednocześnie cała prawdziwa talia. Ponad rok pracowałam z kartami swojej produkcji.

Drugie moje spotkanie z talią tarota było bardzo spektakularne, znaczące, mające daleko idące konsekwencje. Mój obecnie już nieżyjący mąż robił remont u pewnej samotnej starszej kobietki. Pewnego dnia ta pani wyciągnęła z komody nowiutką talię tarota, jeszcze zafoliowaną. Na pudelku był napis Tarot of the Ages. Powiedziała do męża: „czy może pan zabrać te karty z mojego domu i coś z nimi zrobić? Krewna przysłała mi je ze Stanów w prezencie, ale ja się ich boję, nawet ich nie otwierałam, czy może pan je zniszczyć, najlepiej może…spalić?” (nomen omen). Mąż znający mojego tarotowego fioła ucieszył się i powiedział, że jak najbardziej może wziąć te karty, za co otrzymał gorące podziękowanie starszej damy. Talia, która, uniknąwszy spalenia, trafiła do moich rąk, okazała się najlepszą z możliwych. Do dziś spoczywa w szkatułce, zniszczona, spracowana i bardzo bliska mojemu sercu. A ja do dziś pracuję talią Tarot of the Ages i choć mam kilka innych, ta jest moja ukochana – nim jedna talia się zniszczy, już zamawiam następną. Historia jak żywcem wyjęta z teraźniejszości, gdzie pewien redaktor usiłował z wielkiego strachu porąbać i usmażyć talię tarota. W przeciwieństwie do Tarota Apokalipsy historia mojej talii skończyła się jednak szczęśliwie. Pewnie dlatego, że mój niekoniecznie świętej pamięci mąż używał mózgu zgodnie z jego przeznaczeniem a universum postanowiło spełnić moje marzenie o pięknej, nowej talii tarota.

Czy zdarzają się sytuacje, gdy tarot milczy? Co wówczas należy zrobić?

Wiesz, u mnie nie zdarzają się takie sytuacje, żeby tarot milczał, ale mogę mówić jedynie za siebie. U mnie on zawsze coś gada. Sądzę, że wiem, co masz na myśli, zadając mi to pytanie. Tak, czasami pojawiają mi się jako kluczowe takie karty, które sygnalizują konieczność uważnego przyjrzenia się pytaniu i rozkładowi. W zasadzie nigdy nie jest to jedna konkretna karta, raczej ich sekwencje – i każda daje inny sygnał. Może być tak, że osoba zadająca pytanie jednocześnie nie życzy sobie żadnej innej odpowiedzi poza tą, którą chce usłyszeć (czasem chodzi o sprawę, o którą ten ktoś pyta n-ty raz mimo wielu wcześniej uzyskanych takich samych odpowiedzi). U mnie pojawia się informacja, że karty NIC INNEGO NIE POWIEDZĄ, jak tylko to, co rzeczywiście się dzieje, lub to co mówiono już ileś razy. Innym przypadkiem jest odmowa odpowiedzi co do jakiegoś szczegółu sprawy – przeważnie dlatego, że ów szczegół narusza czyjeś prawo do zachowania sekretu, zachowania pewnych obszarów intymności, a nawet do działania z zaskoczenia, które to informacje wcześniej podane spowodowałyby szkody. Bywa też, że w taki sposób karty odmawiają podejmowania decyzji za osobę pytającą i mówią, że wszystko rzekły, koniec kropka, więcej nie powiedzą. Potrafią nagle „zamilknąć” z takich powodów lub wtedy, kiedy zamiast rzeczywiście rozpatrywać problem, osoba pytająca pławi się w mrzonkach, teoretyzuje, domaga się kompletnie nieistotnych informacji w sprawach, w których zupełnie nic nie zrobi, ot, tyle że się tarocistka zmęczy, dłubiąc w czymś, co nawet nie ma szans na zaistnienie. I jest jeszcze jeden typ sytuacji, kiedy karty „skąpią informacji” – wtedy, kiedy ogląda się bardzo zawiłe sprawy, idące wieloma meandrami do rozwiązania, okoliczności mocno niejednoznaczne, a wynik ustalający się w jasny sposób tuż przed jej rozwiązaniem. To też ma sens, bo liczy się finał i czasem kilka rzeczy, których należy się trzymać, zaś „jazda we mgle” bywa całkiem dobrym czynnikiem wyostrzającym czujność. U mnie do dyżurnych kart tego typu należy odwrócona Kapłanka („nie mam nic do dodania” albo „nic nie powiem”, czy „to jest tabu”), odwrócony Eremita (mglistość, niejednoznaczność, konieczna wyostrzona czujność, zbyt duża pewność, to zbyt mała ostrożność), Księżyc (nic nie jest takie w rzeczy samej, jak się wydaje, ktoś tu ściemnia sobie lub innym, ukrywanie celu, dla jakiego pozyskuje się informacje), odwrócona 6 monet (nieuczciwość, nierzetelność). Znaczenia podałam luźno, na to, o co chodzi, wskazują konkretne pozycje tych kart w rozkładzie, ile z nich i w jaki sposób wystąpi jako czerwone światełko ostrzegawcze. Na przykład sygnifikator pytającego – Księżyc, teraźniejszość – odwrócony Eremita, ostrzeżenie – Król Kijów (albo Królowa), ukryty motyw – odwrócona Sprawiedliwość, a rezultat – odwrócona Kapłanka każe mi zdać sobie sprawę z tego, że przede mną siedzi ktoś niebezpieczny, kto mnie oszukuje, a informacje ode mnie wykorzysta do wyrządzenia komuś krzywdy lub też zrobi to wobec mnie i należy temu zapobiec. Czasem podobne info wskazuje na chorobę psychiczną u pytającego i na fakt, że udzielenie informacji może spowodować drastyczne skutki dla tej osoby albo dla kogoś innego. Wtedy w zależności od tego, co zobaczę i z kim mam do czynienia, albo udzielę tylko bezpiecznych informacji, albo… być może nagle źle się poczuję i nie będę w stanie kontynuować sesji.

Tarot jest bez wątpienia rodzajem sztuki. Ale i sztuka miewa jakieś odniesienia do tarota. Czy coś szczególnie ważnego utkwiło Ci ostatnio i czy miało to związek z talią?

Mnie akurat się to nie zdarzało ostatnio, ale zauważyłam, że dosyć często takie zjawiska i skojarzenia mają zwłaszcza początkujący tarociści. Oni mają umysły zajęte przyswajaniem tej wiedzy, w ten sposób się uczą. Robią to w sposób mimowolny, na stacji benzynowej, kolejowej, widząc Eremitę, Rydwan, lub Głupca. Początek nauki bierze się z tego intensywnego bombardowania licznymi archetypami, każdy widzi to, czego jednocześnie się uczy przyswajać.

DSCN0481 DSCN0482-1Jestem  na FB

Czy istnieją talie dla początkujących i zaawansowanych, czy można polecić początkującym jakieś karty, dzięki którym łatwiej, a może i lepiej opanują kanon wróżebny?

Optuję za tym, by naukę rozpoczynać od talii Rider Waite’a, ponieważ to dość przejrzysta i w zasadzie stylistycznie klasyczna talia. Czytelna symbolika i prostota. Rzecz jasna ta rada jest bardzo ogólna, nie każdemu będzie Waite pasował. Niektórzy mają od początku silne ukierunkowanie na konkretną stylistykę i symbolikę i jeżeli tak jest, to nie należy im tego zmieniać i „ulepszać”. Dobrze jest jednak choćby pokazać, niech przynajmniej wiedzą, co odrzucają. Zastanawiałabym się, czy ma sens wybór pod wpływem jakiejś chwilowej „mody” albo fascynacji np. filmem (talie zmierzchopodobne). Ogólnie na początek mocno mroczne karty mogą być kłopotliwe dla świeżo upieczonych adeptów. Między innymi dlatego, że owi adepci za chwilkę spotkają się na obrazkach z wyobrażeniem własnych lęków, frustracji, może i wstydliwych sekretów… i zwyczajnie może im to pojechać po psychice czołgiem zamiast miotełką. No, ale wolna wola, warto za to pamiętać, że umiar jest królem w świecie skrajności, jest złotym środkiem wszelkich labiryntów. Wszak królestwo Minotaura w rzeczy samej zostało pokonane nie tyle przez waleczność i odwagę, co przez… kłębek nici i niewiastę rozsądną, o czym warto pamiętać, wchodząc do labiryntów. Silna penetracja podświadomości agresywna symbolika podobnie jak silne zasłodzenie landrynkowymi treściami z reguły szkodzą – jak każda przesada.

Tarot dla dzieci? A daj spokój, jeszcze jeden komercyjny pomysł bez sensu. Taak, już widziałam Tarot Hello Kitty, Tarot Pokemonow i nie zdziwię się, jak za chwilę zobaczę Tarot Bolka i Lolka albo Reksia. Uważam, że należy pracować z dziećmi w zakresie pojęć archetypowych, symboliki i jej rozumienia, kto jednak to ma robić? Tarociści? Na razie dzieciakom wtłacza się w szkołach pewną symbolikę i wpływa na pojmowanie archetypów „men in black”. Nie ma równoważenia, skutki będą przez całe życie. Talię tarota dałabym tylko dziecku, które ma obok siebie wsparcie w postaci rodzica czy innej osoby obeznanej z tymi kartami i tylko po solidnym zastanowieniu, czy rzeczywiście później poświęci się wiele czasu na czuwanie nad tym dzieckiem i jego rozwojem. Wiek dziecięcia rzecz jasna też jest bardzo ważny. Ogólnie jestem więcej niż ostrożna w tych tematach. Nas także obowiązuje zasada „primum non nocere” i choć nie składamy przysięgi lekarzy ciał, jesteśmy – czy chcą tego oni i my, czy też nie chcą – w jednej drużynie. Człowiek jest dla nas podmiotem i celem, dobrem nadrzędnym.

Czy miałaś jakieś etapy w życiu, kiedy czułaś symboliczne zjednoczenie ze znaczeniem jakiejś karty? Czy bywałaś Kapłanką, Eremitą, Kołem Fortuny, lub Diabłem? Jak to jest?

Nie czuję się jakimś monolitycznym archetypem, nikt zresztą nim nie jest. Sądzę, że mam najwięcej z Cesarzowej, ale i Kapłanka się odzywa, czasem Eremita, a i Diabeł bywa, że ogonem zamiecie (niewątpliwie jest mistrzem skutecznej perswazji, genialnym nawigatorem, potrafi jak nikt pobudzić motywację, umiejętnie grając na ludzkich słabych punktach oporu, jego przewrotność to umiejętność, którą można wykorzystać „nie po diabelsku”, choć diablo skutecznie).

Symboliczne liczby? Ano tak, jestem przecież także numerologiem, więc obowiązkowo (śmiech). Owszem, nie tylko ja mam tak z symbolicznym pojawianiem się liczb w istotnych momentach. Co to znaczy? Według mnie to jest jak znaki drogowe, pokazujące, że wszystko dzieje się jak trzeba, zaś to, co się dzieje w okolicznościach zjawienia się owej liczby, ma znaczenie, ważność dla dalszych zdarzeń. U mnie to 13 i 14 ( jestem urodzona 13ego, moja córka także). Jeżeli zacznie mi się silnie manifestować 11 lub 17, to patrzę, na ile dzieje się coś, co dotyczy mojego męża, bo to są z kolei jego liczby. Zresztą urodzony jest 17ego, w miesiącu 11 i ma drogę życia 11, ot taka ciekawostka z własnego podwórka.

Czy polecasz jakieś metody BHP związane z tarotem przed sesją, albo po sesji? Czy jakaś praktyka w szczególności może się przydać?

BHP – ważna rzecz, każda profesja ma swoje zasady bezpieczeństwa pracy, my też. To temat rzeka i każdy z nas ma także swoje własne „patenty”. Postaram się powiedzieć krótko. Pierwsza rzecz – przestrzeń, w której odbywa się sesja. Wskazane jest stworzenie optymalnych warunków energetycznych, sprzyjających pomyślnemu przekazowi informacji. U mnie – świece, kadzidełka, mirra, amber, nag, champa, szałwia, biała szałwia. Nieocenionym pomocnikiem bywa kot. Mówię całkiem poważnie, po pierwsze badania naukowe już wykazały prozdrowotne właściwości kotów, zaś nic tak nie rozładowuje początkowego napięcia niejednego klienta jak wmaszerowujący do gabinetu futrzak, który wskakuje na kanapę, łasi się, pomrukuje i zagląda w oczy, zapraszając do pogłaskania. Przy każdej niemal sesji asystuje mi moja Izis, taki jest jej wybór i wola, znalazła sobie zajęcie i od 9 lat nieprzerwanie „pracuje na etacie”. Ma na koncie 3 przypadki wyleczenia z ailurofobii (strach przed kotami). Często wraz ze słowami: „oooch kicia, jaka śliczna” słyszę powietrze gwałtownie wypuszczane przez ściśnięte stresem gardło. Wpisujemy więc kota jako pożądanego asystenta. Wskazane są jeszcze pozytywne dźwięki – u mnie czasem cicha muzyka relaksacyjna, czasem plusk wody z małej kaskady. Druga rzecz – uważność skierowana na odczyt informacji, ale bez jednoczenia się z klientem.

Jesteśmy ludźmi z racji naszych właściwości szczególnie podatnymi na empatyczne połączenia. Trzeba wiedzieć, że zarówno klient jak i my sami mamy też swoje słabości, czasem lęki, nie jesteśmy wszak aniołami. Czasem okazać się może, że matryca lęków i programy klienta znajdą swój odpowiednik, przynajmniej częściowy, u taro cisty, co siłą rzeczy wzmocni odczucie sympatii, swoistego przyciągania i… klient wychodzi, a do tarocisty „przyciągnęło się” to i owo. Bywa zaś, że przyjdzie do nas świadomy lub nieświadomy „wysysacz energii” (z różnych powodów to czyniący, nie miejsce tu na ocenę, bo to jest bardzo indywidualna kwestia). Powinniśmy być czujni na takie niechciane podczepienia, one bywają doprawdy „niewinne”, mogą wyniknąć nawet z tego, że klient „zawiesza” na nas swoje nadzieje na mniejsze czy większe cuda i usiłuje nas „zmotywować” w trakcie sesji, byśmy dali z siebie wszystko i… może się mu to udać nad wyraz skutecznie. Klient wychodzi, a tarocista „schodzi”. Ze swojej strony natychmiast reaguję na takie sytuacje, innym też radzę. Kolejne zagadnienie to przerwanie połączenia, bo nie czarujmy się, takowe zawsze nawiązuje się w trakcie sesji, byle było to kontrolowane. Mój sposób to przy pożegnaniu uściśnięcie ręki, podziękowanie i życzenie powodzenia, wszystkiego, co najlepsze. W niektórych przypadkach zdarzało mi się w intuicyjnym odruchu przytulić i pogłaskać po głowie tę czy inną panią, bywało, że któraś wybuchała płaczem i wpinała się we mnie jak małe rozżalone dziecko w maminą spódnicę (ach ten mój archetyp Cesarzowej). Dawałam się wypłakać, potem podawałam chusteczki, ściskałam łapkę, życzyłam powodzenia i… czułam, że połączenie się ładnie rozłącza bez poczucia odrzucenia u takiej osoby. I jeszcze jedno – nie należy potem chodzić i myśleć o sesji, o tym, co klient zrobi, a czego nie, słowem móżdżyć na ten temat. Wszak energia podąża za uwagą i sami się uwiązujemy bez sensu. Skoro już wkraczamy w pola energetyczne klienta, to należy wycofać swoją energię stamtąd jak najzgrabniej.

Trzecia ważna kwestia – oczyszczenie. Siebie i przestrzeni, w której odbywała się sesja. Wszyscy to wiedzą i mam nadzieję, że wszyscy to robią. Bo inaczej energetyczny bałagan uderzy nie zawsze w nas samych w pierwszej kolejności. Najpierw w najsłabszych. Może to być ukochany kwiat w doniczce, zwierzak domowy, dziecko, babcia, może być i komputer czy autko (te przedmioty wykazują nadzwyczajne zdolności reagowania i życia jakimś ukrytym „własnym żywotem”). My możemy być ostatnimi „na linii strzału”, choć byliśmy pierwszymi współtwórcami.

Metody oczyszczania są ogólnie znane, w zasadzie dla porządku mówię: sprzątnięcie gabinetu, korytarza, przewietrzenie, zmycie podłogi (może być wodą z naparem szałwii lub piołunu, wskazane parę kropli olejku z werbeny czy geranium), zapalenie kadzidełka czy białej szałwii i okadzenie pomieszczeń. Jeżeli są kryształy w pomieszczeniu, raz na kilka dni wsadzić je pod bieżącą wodę i oczyścić. Siebie oczyścić – prysznic (a do żelu pod prysznic można dodać soli i przy okazji damy mają świetny peeling) lub kąpiel z morską solą. Przed takim miłym spa warto jest usiąść, rozluźnić się i „pooddychać chwilę białym światłem” albo kolejno wszystkimi kolorami tęczy z poziomów czakr, a dla porządnego oczyszczenia odesłać resztę energii klienteli. Mój sposób jest taki: najpierw parę oddechów, potem mówię: energio Beaty, Elżbiety i Renaty (przykładowe klientki z dnia), dziękuję wam, szanuję was, akceptuję was, kocham was. Energio Beaty, wracaj do niej, bądź z nią, pracuj dla niej i wspieraj ją, bo należysz do niej. Energio Elżbiety… to samo. I z Renatą dokładnie tak samo. Na koniec oddychanie białym światłem albo tęczą. I czas na kąpiel lub prysznic. To są pokrótce takie najprostsze, podręczne metody. Są i bardziej wymyślne, ale to może temat na kiedyś. Reasumując – trzy kroki: przyjazna przestrzeń, dobre zamknięcie i oczyszczanie.

Masz duże poczucie humoru, jest mi to bardzo bliskie. W takim razie podejmę ryzyko – czy miałaś kiedyś jakąś zabawną historię, związaną z wróżeniem?

Oj, zabawnych zdarzeń było i jest wiele, wystarczyłoby na tomik anegdotycznych opowiastek. Mówię już od dłuższego czasu, że w końcu chyba napiszę książkę „Samo życie – instrukcja obsługi Koła Fortuny”. Z zabawnymi zdarzeniami to jest tak, że albo są zabawne od razu, albo nie wszystkim jest do śmiechu, dopóki się sprawa nie wyjaśni. Kiedyś przyszło do mnie dziewczę piękne, ale jakieś takie przytłoczone życiem. Istotnie owo życie coś nie pieściło, ani rodzinnie, ani zawodowo, z miłością też licho było. Pytanie pierwsze i najważniejsze było o miłość właśnie. Rozkładam karty, patrzę i…konsternacja. Co ja mam jej powiedzieć, żeby zabrzmiało jakoś tak poważnie, a nie jak przysłowiowe cyganienie? No bo w kartach jak byk wyjazd za wodę bardzo daleko, miłość, małżeństwo, mąż piękny i bogaty… o jasna anielka… a dziewczątko siedzi i lekko przestraszone patrzy na mnie tymi wielkimi niebieskimi ślepkami, chyba się spodziewa, że jej staropanieństwo obwieszczę zaraz. No, byłam w kropce przez sekund parę, wzięłam się w garść i zapowiedziałam, że może i to zabrzmi jakoś tak jak cygańska baja, ale widzę to właśnie, co widzę, więc… Jak skończyłam, to panna miała oczy wielkości spodeczków od filiżanek. Następne rozkłady w swojej treści zawierały informacje nawiązujące do treści tego pierwszego. Panna wyszła lekko ogłupiała, ja też jakoś tak dziwnie się czułam, myślałam sobie: no tak, bajka z życiem się plecie, wszystko możliwe na tym świecie. Dwa lata później panna we własnej osobie zjawiła się tak samo piękna, lecz tym razem promienna i zrobiona na damę. Dowiedziałam się wtedy ciągu dalszego. Odnalazła ją dawna przyjaciółka, zaprosiła do USA, opłaciła bilet i… na miejscu wyswatała. Mężem panny został krewny męża jej przyjaciółki, przystojny i zamożny farmer na wielu akrach. Zakochali się w sobie szaleńczo i panna przyjechała do Polski na chwilkę z brylantem na paluszku i wyznaczoną datą ślubu, miała przygotować dokumenty i zabrać ze sobą mamę. Śmiała się do rozpuku z tamtego wieczoru, kiedy, jak sądziła, opowiedziałam jej bajkę na pocieszenie.

Miałam jeszcze dwa takie znaczące i zabawne przypadki, tym razem z paniami już mocno dorosłymi, samotnymi matkami całkiem dorosłych dzieci. To było dawno już, każda z nich była u mnie wtedy chyba pierwszy raz. I jedną, i drugą w moich zapowiedziach „wysłałam za wodę i wydałam szczęśliwie za mąż”. Jedna wtedy skomentowała to: „o ku…! Nigdy w życiu!”. A druga: „to niemożliwe, mam tu pracę, mam tu dzieci”. Jedna z nich mieszka obecnie w UK, druga w Kanadzie. Każda z nich spotkała swoją miłość, wyszła za mąż i dostała to, na co zasługiwała, obie jednak najpierw (każda z innych powodów) musiały stąd wyjechać i na początku wcale nie wyglądało to tak, jak się sfinalizowało. Z obiema utrzymuję serdeczny kontakt, w końcu znamy się bez mała około 10 lat i pośmiać się, oj, mamy z czego.

Kiedyś przyszły do mnie dwie starsze panie – jedna na karty, a druga… chyba po temat do późniejszych dyskusji. No i ta jedna zapytała mnie, jak tam z jej małżeństwem, co na przyszłość karty widzą. Poprosiłam o przetasowanie kart i w trakcie tasowania nagle jedna karta wyskoczyła, poszybowała łukiem i klap na środek stołu. Nauczona doświadczeniem, że w ten sposób karty demokratycznie domagają się prawa do własnego komentarza, patrzę, co klapnęło: o, Śmierć, no pięknie, zobaczmy więc ten rozkład partnerski, myślę sobie. Porozkładałam karty i zaczęłam tej pani opowiadać, co widzę. Mówiłam jej, jakim dobrym człowiekiem, mężem i ojcem był przez wiele lat jej mąż, jak ją kochał zawsze tak samo mocno, że był szczery, uczciwy, nie oszukiwał, że dla rodziny zrobiłby chyba wszystko. Mówiłam jej też, jak ona dzielnie się nim opiekowała, kiedy zachorował, i że on to wszystko doceniał, co ona dla niego robiła, że jedynie był zły na siebie za to swoje położenie, za to, że on już nie mógł się o rodzinę troszczyć. Potem powiedziałam jej coś na temat jej syna, który jest bardzo podobny do ojca. Widziałam jednak, że ta pani wierci się niespokojnie, chciała coś koniecznie powiedzieć, widziałam, że już słucha nieuważnie, w końcu macha ręką lekceważąco i mówi: a tak, tak, to ja wszystko już wiem, co mi pani mówi, pani ma mi powiedzieć o przyszłości mojego małżeństwa, jak tam mi dalej będzie z mężem. Ja nie przyszłam słuchać o przeszłości, jak pani karty kładzie, to pani ma wiedzieć. Spojrzałam, zobaczyłam błysk w jej oku i pomyślałam sobie krótko: ok., kobieto, przyszłaś z koleżanką zabawić się, to się zabawimy wszyscy, ale śmiać się będą tylko niektórzy.

Mówię jej więc, że po tym wszystkim, co jej powiedziałam, a co powinno być ważne, mam jeszcze tylko jedną rzecz do powiedzenia. A mianowicie, że jeśli chce postawić na wspólną z mężem przyszłość, to powinna się przeprowadzić na cmentarz, bo tak się składa, że jej mąż chwilowo nie żyje. I jeżeli chce się z nim szybko spotkać, to może go tu zaprosimy, albo jeszcze lepiej, zapytam, co on chce jej przekazać na tę chwilę poza tym, co w jego imieniu powiedziałam jej dotąd. Koleżanka tej pani aż pisnęła: widzisz, widzisz, wygrałam zakład! Uhu, oj, miałam już dość tej komedii, powiedziałam, że kończymy sesję, a ponieważ to była zabawa dwóch pań, to bardzo proszę podwójne honorarium, bo zabawy i żarty kosztują, a ja mam do nakarmienia koty bezdomniaki na podwórku i one jak najbardziej jeszcze żyją, więc jeść muszą. Uśmiałam się z tego ja, a miały się śmiać one… samo życie, ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Czasem zaś słychać tylko chichot Absolutu…

Pytanie na koniec: czy istnieje jakaś lektura, albo książka, którą uznajesz za dzieło niedoceniane, a chciałabyś zarekomendować?

Jeśli miałabym coś polecić osobom, które mają zajmować się sztuką dywinacji albo diagnozowaniem relacji, to ja bym poleciła solidny zestaw traktujący o psychice człowieka, interakcjach między ludźmi, świadomości, podświadomości. Praca z człowiekiem to jest praca z supernowoczesnym, bardzo „wypasionym” komputerem. Polecenie lektur powinno być ukierunkowane na podobny zakres, jaki opanowują informatycy i…hakerzy (którzy zresztą informatykami są, i to z reguły najlepszymi z najlepszych). Osobiście bardzo lubię cykl książek Vadima Zelanda „Transerfing rzeczywistości”. Jest tam mnóstwo bardzo pożytecznych wiadomości na temat działania pól energoinformacyjnych na człowieka i vice versa. Podobną tematykę, choć w ujęciu bardziej technicznym, porusza Dymitrij Wereszczagin w swojej serii „DEIR” – tu mamy opracowany konkretny system samoobrony w świecie egregorów. Następny – klasyka – Łazariew ze swoją „Diagnostyka karmy” – może nie tyle dla samej karmy, co dla klarownego ujęcia działania praw uniwersalnych. I jeszcze jeden Rosjanin (mają naprawdę dobrych ezoteryków) Awiessałom Podwodnyj i jego „Rozwój duchowy” oraz „Energetyczne wampiry”… A czekaj, czekaj, jeszcze jeden Słowianin wschodni, A.A Lewszynow, z cyklem książek na temat treningu poszczególnych „części karmy” (to jego wyrażenie z podtytułów książek). I Gregg Braden ze swoją „Boską martycą”, „Czasem fraktalnym” i „Tajemnicą zagubionej modlitwy”. No dobra, dość tego, bo za chwilkę wstawię cały spis biblioteczki, wywiad zamieni się w „Neverending story”, a Tobie, kolego Gwiazdologu, broda słuszna do pasa urośnie, będziesz jako ten batiuszka i car albo zgoła mało święty Mikołaj.

Bardzo dziękuję za rozmowę. Mirosław Czylek.

*

KOSMOGRAM ALIS (wykorzystano program Urania, można go powiększyć, klikając na poniższą grafikę)

Alis - kosmogram

Komentarz astrologiczny Mirosława Czylka:

W kosmogramie u Alis dominującą zasadą jest figura krzyża w znakach zmiennych, na którą składają się: urodzeniowa pełnia (plus Merkury) w znakach Bliźniąt i Strzelca oraz dwie planety, uchodzące za maleficzne: Mars i Saturn. Jest to wyjątkowo trudna kombinacja, dobrą parafrazą sytuacji byłoby nietzscheańskie: „co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Rozplątywanie znaczeń tego prostokąta jest dosyć trudne, ale możemy użyć do tego celu aspektowań Księżyca. Zderzy się on z energiami planet wielokrotnie, ale jedno z takich zetknięć, z Saturnem, odchodzi w przeszłość. Kwadratura Księżyc – Saturn, obrazująca najczęściej konfliktową relację pomiędzy emocjonalnością a powinnością, wewnętrznym nastawieniem a zewnętrznymi oczekiwaniami, rozstępuje się – Księżyc odchodzi. Zaledwie kilka stopni dzieli go od wykonania opozycji ze Słońcem, które w potocznym rozumieniu znamy jako pełnię. Pełnia ma miejsce w znakach Bliźniąt i Strzelca, tak charakterystycznych dla przekazywania wiedzy. Mamy więc na początku pozbywanie się problemów natury księżycowo – saturnicznej, najczęściej wyrażających się jako zakompleksienie, lęk przed samym sobą, nadmierne wymagania, lub „wina” mająca korzeń w układzie rodzinnym. To przepracowanie doświadczenie prowadzi następnie do pozycji nauczyciela, będącego w stanie wejść w najwyższy stopień zaufania i wspólnego podejmowania decyzji, na korzyść drugiej strony (silny dom ósmy). Jeszcze później Księżyc, już po pełni, wejdzie w kwadraturę z Marsem. Ten aspekt oznacza wyładowanie nadmiaru energii. Zważywszy na to, że Mars jest władcą Ascendentu (charakter, życie właściciela horoskopu), a Księżyc determinuje sprawy domu dziewiątego (Rak, wespół z Wenus), to podejrzewam, że aspekt wzajemny pomiędzy Księżycem i Marsem determinuje w sposób bardzo mocny wątek egzystencji (dom I) i wątek wiary (IX).

Alicja Zimińska – Koman prowadzi gabinet w Bydgoszczy. Strona www: www.wrozka-alis.pl

tel. 052 / 340 17 73, kom. 691 528 420, email: alis.bitterswee@gmail.com

Zaprzyjaźnione strony: http://kocie-hospicjum.pl/ http://www.schronisko.org.pl/

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s